W zasadzie każdy klub czy reprezentacja ma w swojej historii koszulki wyjątkowe, czasami wręcz kultowe, za które kolekcjonerzy są w stanie zapłacić gigantyczne pieniądze. Ja kolekcjonerem koszulek nie jestem, ale posiadam w szafie kilka sztuk. Zazwyczaj otrzymywałem je „na pożegnanie” i dlatego dla mnie bardziej liczą się ludzie i ich historie, niż koszulki jako takie. Koszulkowy rynek wtórny jest jednak przeogromny, a w nim sporo miejsca dla różnego rodzaju sprzedawców, którzy wykorzystując miłość do klubu, niewiedzę lub naiwność potencjalnych klientów wymyślają najprzeróżniejsze historie. Przez ostatnie lata praktycznie co tydzień dostaję od Was pytania dotyczące ofert, aukcji czy niewiarygodnych okazji pojawiających się na widzewskim rynku kolekcjonerskim i choć większość z nich to rzeczywiście oryginalne koszulki z danego okresu to trafiają się czasami takie kwiatki, że człowiek łapie się za głowę. I właśnie dlatego powstał ten cykl. Cykl, w którym postaram się pomóc tym wszystkim, którzy zaskoczeni okazją potrafią stracić rozum, a potem muszą tłumaczyć się żonie na co wydali pieniądze przeznaczone na malowanie dużego pokoju.

Zacznijmy od kilku internetowych definicji. Piłkarskie koszulki dzielimy na kilka kategorii. Dwie z nich można uznać, za najcenniejsze dla kolekcjonerów. „Match worn” (MW) czyli koszulka, która kolokwialnie rzecz ujmując pojawiła się na boisku w oficjalnym meczu oraz „Match issued” (MI) czyli taka, która przesiedziała cały ten mecz na ławce rezerwowych lub stanowiła swego rodzaju rezerwę przygotowaną dla koszulki biegającej po boisku. Tu muszę podzielić się z Wami ciekawostką, że w przypadku obecnego Widzewa o którym wiem relatywnie najwięcej, każdy zawodnik ma w przerwie możliwość wymiany swojej koszulki na „czystą” czyli de facto, z każdego meczu może mieć dwa MW i żadnego MI. Uwzględniając pogawędki z kitmenami innych klubów mogę zaryzykować stwierdzenie, że na poziomie polskiej PKO Ekstraklasy to standardowa procedura.
Na drugim biegunie kolekcjonerskiego „must have” znajdują się dwie inne kategorie. Jak nie trudno się domyślić różnią się od powyższych bagażem boiskowych doświadczeń. „Player issue” (PI) oraz „Replica” w 99,9% przypadków nawet nie przechodziły obok szatni, a co dopiero mówić o boisku. Ale ta jedna dziesiąta procenta (w przypadku PI) nie wyklucza takiej możliwości. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę bardziej niszowych producentów czy kluby borykające się z problemami organizacyjnymi. Tak czy inaczej, w przypadku Widzewa koszulki firmy Marcon dostępne dla każdego Kibica w oficjalnej dystrybucji technologicznie są dokładnie takie same jak trykoty meczowe zawodników. Niemniej mogą, a czasami wręcz różnią się kilkoma technikaliami, takimi jak forma nanoszenia brandingu czy sam branding jako taki.
Do tego momentu wszystko chyba wygląda czytelnie. Schody zaczynają się jednak, gdy „zwykła sklepówka” zostaje przedstawiona w opisie aukcji jako MW i choć tak jak napisałem w akapicie powyżej, w pewnych przypadkach wykluczyć tego nie można, to jednak czasami trafiają się koszulki zaskakująco łatwe do zweryfikowania.

W ramach pierwszego przykładu, posłużę się koszulką o której na tej stronie mieliście już okazję przeczytać. Koszulką, której tworzeniem zajmowali się ludzie znający historię klubu, jego specyfikę i przede wszystkim doskonale wiedzieli jakie są oczekiwania widzewskiego środowiska. Koszulką, która finalnie po 92 minutach i 40 sekundach stała się również kultową, ponieważ pewien drobny „Pistolero” z Hiszpanii postanowił w doliczonym czasie gry wbić gwóźdź.. no dobra więcej pokory, po prostu strzelić w niej zwycięskiego gola w najważniejszym meczu.
Ale historia tej koszulki jest bardziej skomplikowana. Jako projekt marketingowo-komercyjny pomysł jej zrobienia pojawił się w zasadzie zaraz po podpisaniu umowy z firmą Macron. To było skrajnie oczywiste zarówno z punktu biznesowego jak i społecznego. Niestety wielkość popytu jaki pojawił się w chwili tej jednorazowej premiery przerósł wszystkie dotychczasowe i kolejne przewidywania. Ponieważ jednak rynek nie lubi próżni, limitowana ilość koszulek udostępniona w oficjalnej sprzedaży spowodowała niespotykany do tego momentu reselling wśród kibiców. Białe trykoty wzorowane na historycznych strojach z Ligi Mistrzów, w zasadzie, od kilku godzin po wspomnianym meczu do dzisiaj, osiągają na aukcjach niebotyczne ceny, no i co najważniejsze, praktycznie każda z nich rzekomo pochodzi prosto z boiska.
W rzeczywistości nie ma chyba łatwiejszej do sprawdzenia koszulki. Koszulki meczowe MW / MI przygotowane na mecz z Legią Warszawa rozgrywany 10 marca 2024 w Łodzi miały na plecach logotyp miejskiego projektu promocyjnego „Łódź Kreuje” w rozmiarze +/- 4 na 2 cm. Takie komplety były tylko dwa. Pierwszy po meczu został przekazany zawodnikom, z drugiego kilka sztuk trafiło do najważniejszych sponsorów, natomiast reszta na różnego rodzaju aukcje charytatywne w których brał udział Klub. W przypadku wszelkich pozostałych komercyjnych czy niekomercyjnych konfiguracji koszulek wspomniany logotyp był w rozmiarze 6 na 3 cm. Tym samym należy uznać, że sprzętem meczowym, który w myśl przyjętych prawideł kolekcjonerskich powinien mieć najwyższą wartość, należy traktować wyłącznie koszulki z mniejszym logotypem. Oczywiście ściśle zlimitowana ilość wyprodukowanych koszulek powoduje, że wszystkie osiągają wysoką cenę, ale sam fakt ich „meczowości” można w bardzo prosty sposób zweryfikować… linijką.

c.d.n. 😮
